Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Jeżeli piszesz, malujesz, rysujesz, komponujesz... Podziel się tym z nami!
Awatar użytkownika
CrashuR

Golden Forki 2015 - Pełne Wersje (miejsce 3); Golden Forki 2014 - Pełne Wersje (miejsce 1)
Posty: 463
Rejestracja: 16 gru 2011, 16:08
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: CrashuR » 06 sty 2014, 23:27

Znaleźć będziecie mogli tutaj moje "wypociny", a dokładniej wszystko co siedzi w mojej głowie i zostało przelane na kartkę ^^ Całe opowiadanie nazwałem "Zaid: Magiczny Chłopiec" i dodawać będę je (mam nadzieję regularnie), co jakiś czas, jednakże wszystko zależy od weny. Zapraszam do czytania :3

Początek


Wybuchło jasne światło, a po chwili znalazłem się w powietrzu. Możliwe, iż była to wysokość siedmiu, może ośmiu metrów. Jakaś siła trzymała mnie przez pewien krótki moment. Zdawało mi się, że mogę latać, jednakże było to tylko złudzenie. Zacząłem spadać. Z dużym impetem gruchnąłem o ziemię, która okazała się być bardzo twarda, mimo pięknie wyglądającej puchowej kołdry tworzonej przez trawę. Spróbowałem wstać, natychmiastowo poczułem mocny ból w okolicy mostka i osunąłem się na ziemię. Zemdlałem.

Nie wiem, jak długo znajdowałem się w tym stanie, ale gdy odzyskałem świadomość, nie czułem już bólu. Głowę opartą miałem na czymś, co przypominało poduszkę, leżąc na prowizorycznym drewnianym łóżku. Dookoła panował mrok oraz czuć było zapach parzonej herbaty. W oddali przy kominku zauważyć dało się ciemną, smukłą sylwetkę. Podniosłem głowę, by móc przyjrzeć się jej dokładniej, w tym samym momencie sylwetka widniejąca w promieniach padającego światła zamieniła się w postać rosłego mężczyzny i stawała się coraz większa.
– W końcu się ocknąłeś – powiedział, podając mi dzbaneczek z herbatą.
– Co się stało, gdzie jestem, dlaczego nie czuję już bólu?
– Na które pytanie mam odpowiedzieć najpierw?
Przez moje myśli przefrunęła niezliczona ilość pytań. Gdzie jestem, skąd się tu wziąłem, dlaczego ten człowiek mi pomógł i kim on w ogóle jest. Tak wiele kwestii, na które wciąż nie znałem odpowiedzi. Musiałem zastanowić się, którą z tajemnic chciałbym rozszyfrować jako pierwszą.
– Nazywam się Virden – powiedział, uśmiechając się.
– Widzę, iż jesteś trochę zakłopotany, dlatego odpowiem na twoje pytania w kolejności, w której je zadałeś, a ty zastanów się, czy chcesz wiedzieć coś więcej. Przez chwilę nie zwracałem na niego uwagi, gdyż ciągle myślałem o tym, dlaczego tu jestem. Możliwe, że gdyby Virden nie zaczął, milczelibyśmy tak jeszcze trochę czasu, jednakże w taki sposób przynajmniej dowiedziałem się, jakie imię posiada człowiek, który mi pomógł, i zyskałem trochę więcej czasu na zastanowienie się.
– W takim razie – zaczął – pamiętasz jak się tutaj pojawiłeś?
– Pamiętam jedynie światło, upadek i ból. Nie wiem, dlaczego tutaj jestem, ani skąd się tutaj wziąłem. Nie
pamiętam nic sprzed tego zdarzenia… W mojej głowie roiło się od strzępków wspomnień, nie udało mi się jednak wydobyć z nich nic, co pomogłoby mi zrozumieć choć trochę tę sytuację.
– Cholibka, widzę, że nie dowiem się od ciebie nic na ten temat. Ciekaw byłem bowiem, jakim cudem dzieciak mógł pojawić się w świetle przed moim domem. No nic, wracając do twoich pytań, gdzie ja to skończyłem, a tak „gdzie jesteś”. Jesteś w moim domu – zaśmiał się – a dokładniej w południowym krańcu Puszczy Teneber. Nie jest to najspokojniejsza okolica, ale łatwo tutaj o zarobek i zwierzynę upolować. Co do ostatniego pytania, to może i nie wyglądam, ale znam się trochę na medycynie, trzeba w końcu jakoś o siebie zadbać w tej dziczy. Na resztę twoich pytań odpowiem później, musisz odpocząć i nie zapomnij wypić herbaty. – Uśmiechnął się, po czym wstał.

Gdy ocknąłem się następnego ranka, w izbie było już jasno. Dopiero teraz spostrzec mogłem, gdzie dokładnie jestem. Dookoła na ścianach widać było trofea myśliwskie, drzwi zasłonięte były materiałem przypominającym skórę wilka, a w kominku tliło się jeszcze drewno. Podniosłem się. Prowizoryczne łóżko Virdena okazało się być bardziej wygodne, niż wskazywałby na to jego wygląd. Obok niego leżały świeże ubrania, które najprawdopodobniej zostały przygotowane dla mnie. Szybko ubrałem się i wybiegłem przed dom. Była to niewielka drewniana chatka, do której przez małe okienka desperacko próbowały dostać się promienie słońca. Znajdowaliśmy się w lesie, nie był on jednak zwykły, czuć było bowiem w nim pewną grozę, jakby drzewa oglądały się za tobą i komentowały twój wygląd między sobą.
– Widzę, że wydobrzałeś. To dobrze, gdyż właśnie przygotowywać miałem śniadanie. – Virden stał na ganku. Teraz gdy światło padało na jego twarz, mogłem dokładniej przyjrzeć się jego osobie. Był to rosły mężczyzna o bujnej czuprynie i czarnej brodzie. Ubrany w długi, skórzany płaszcz, skórzane kozaki sięgające aż do kolan, zieloną koszulę wykonaną z dziwnie odbijającego promienie materiału oraz brązowe spodnie. Na lewym oku założoną miał przepaskę, która prawie całkowicie zasłaniała bliznę przechodzącą przez środek powieki i stykającą się niemal z ustami. W ręku trzymał duży kawał mięsa, który starannie obtaczał w przyprawach rozsypanych na drewnianym stole.
– Porozmawialiśmy już trochę, a ja nadal nie znam twojego imienia. Przypomniałeś sobie choć tyle? – zapytał nie przerywając wcześniejszej czynności.
– Zaid. Nazywam się Zaid.
– To dobre imię – powiedział, spoglądając na mnie. – Ile ty właściwie masz lat?
– Siedemnaście.
Virden mocnym uderzeniem odrąbał kawał mięsa i przesunął go na koniec stołu.
– Siedemnaście, mówisz… no nic. Jeżeli chcesz jeść, a mniemam, iż jesteś dość głodny po mojej kuracji, idź i rozpal ognisko. – Wskazał specjalnie wyznaczone do tego miejsce – Zrobimy sobie małą ucztę zapoznawczą. – Zaśmiał się.
Podszedłem do miejsca, o którym mówił mężczyzna. Wszystko było już przygotowane, dlatego nie miałem
najmniejszego problemu z rozpaleniem ognia. Usiadłem obok ogniska, a lekki wietrzyk przesuwał ciepłe powietrze w moją stronę. Virden zobaczywszy, iż ogień rozpalił się na dobre, podszedł z wcześniej przygotowanymi kawałkami mięsa, włożył je do niewielkiego garnuszka, dolewając trochę wody oraz dodając ziół, i postawił nad ogniem. Siedzieliśmy w milczeniu jakiś czas, a im dłużej to trwało, tym bardziej dookoła pachniało duszonym mięsem.
– Dlaczego mi pomogłeś? Nawet mnie nie znasz.
– A czy trzeba znać osobę, aby udzielić jej wsparcia? Byłeś w potrzebie, ja byłem zdolny trochę cię wspomóc.
– Nie podziękowałem ci jeszcze za to… Dziękuję.
– Ależ nie musisz. Zrobiłem to z własnej woli, dawno nie miałem do kogo otworzyć gęby – uśmiechnął się ciepło.
Mięso dochodziło już do stanu, w którym nadawało się do spożycia. Zauważywszy to Virden, szybko podał mi miskę z moją porcją. Mimo niezbyt ciekawego wyglądu mięso okazało się być znośny, a przyprawy dodały mu wyrazistości.
– Powiedz mi, pamiętasz skąd jesteś? Wiesz, dokąd mógłbyś wrócić?
– Obawiam się, że nie. – Moje obawy były całkowicie uzasadnione.
– Rozumiem… W takim razie nie mam innego wyjścia, będziesz musiał zostać tutaj, jednakże nic za darmo.
Zaopiekuję się tobą do czasu, gdy wróci ci pamięć, ale będziesz musiał pomóc mi w pracy i polowaniach.
Nie spodziewałem się takich słów po nowo poznanej osobie, jednakże sprawiły, iż z mego serca padł wielki głaz. Co zrobiłbym, gdybym musiał opuścić to miejsce? Bez domu, bez pieniędzy oraz jakiejkolwiek wiedzy na temat szermierki nie potrafiłbym się obronić ani zdobyć pożywienia. Zapewne zginąłbym kilkadziesiąt metrów od chaty, zaatakowany przez dzikie zwierze bądź bandytów. Nie chciałem błąkać się sam po lesie i całe szczęście nie musiałem.


Polowanie II

Mijały dni, tygodnie, mimo to moja przeszłość nadal stanowiła wielką tajemnicę. Pamięć, którą straciłem, gdy pojawiłem się w Puszczy Teneber jakby nie chciała do mnie wrócić. Często zastanawiałem się skąd pochodzę, kim była moja rodzina, jednakże nie mogłem sobie niczego przypomnieć. Nie sprawiało to, iż czułem się samotny, czy przygnębiony, ponieważ Virden traktował mnie jak swojego syna, co spowodowało, iż bardzo szybko się do siebie zbliżyliśmy. Dniami, gdy nie wyruszaliśmy na polowania uczył mnie jak posługiwać się bronią, głównie mieczem oraz łukiem, jednakże czasem pokazywał mi jak korzystać z sztyletów, czy kuszy. Wieczorami zaś opowiadał historie o smokach, elfach i innych mitycznych stworzeniach. Uwielbiałem słuchać jego opowieści, które zdawały się być bardzo realne, bowiem Virden opowiadał je w taki sposób, tak szczegółowo jakby sam w nich uczestniczył. Tego dnia nie było inaczej, jak co dzień wstałem gotowy i rządny nowych przygód. Virden przygotowywał już śniadanie, więc ubrałem się szybko i podszedłem, aby mu pomóc. Na dworze panował jeszcze mrok, słychać było krople deszczu uderzające o dach chatki. Zapowiadał się pochmurny dzień, nie był to dobry znak zwłaszcza, że dziś mieliśmy wybrać się nad jezioro Nigrum, gdzie znaleźć można wiele dużych i niebezpiecznych gatunków zwierząt, kilka z nich zapewniłoby nam dość mięsa, aby zaprzestać polowań na jakiś czas. Posiłek zjedliśmy w ciszy, jakby żaden z nas nie chciał odezwać się pierwszy. Nic dziwnego, pogoda z minuty na minutę zdawała się stawać coraz gorsza, a do przebycia mieliśmy sporą drogę. Zbliżała się zima, nasza spiżarnia była prawie pusta, dlatego musieliśmy wyruszyć dziś bez względu na to jakie panowały warunki atmosferyczne. Nie wiadomo kiedy przyjdą pierwsze mrozy i spadnie śnieg.
– Czas ruszać – powiedział Virden, wstając.
Siedząc jeszcze chwilę przy stole rzuciłem szybkie spojrzenie na torbę, aby upewnić się, że wszystkie potrzebne rzeczy zostały zabrane, po czym podniosłem się, zabrałem torbę, miecz oraz łuk i wyszedłem z izby. Pogoda była straszna, a ciemne chmury nie zapowiadały jej poprawy. Zwykle suchy teren wokół domku teraz przypominał mroczne i groźne bagna, na środku których stoi stary drewniany nawiedzony dom. Stojąc pogrążony w swoich rozmyślaniach zauważyłem, że virden przyprowadził już konie, pospiesznie wskoczyłem na grzbiet jednego z nich, a następnie przyczepiłem do siodła pochwę miecza. Spojrzałem na Virdena, skinięciem głowy dałem mu znak, iż jestem gotowy do drogi. Ruszyliśmy.

Padało coraz mocniej, ścieżki zamieniły się w małe błotne strumyki, które powolnie płynęły aż znajdowały miejsce, w którym mogły gromadzić się i tworzyć spore kałuże. Dookoła nie było widać żadnych zwierząt. Większość z nich zapewne schowała się w swoich norkach starając się przeczekać ulewę, zazdroszczę im. Sam chciałbym siedzieć teraz przy ciepłym kominku, popijając herbatę i słuchając kolejnej opowieści Virdena. Tymczasem jechałem przez mokry, ciemny las do miejsca, w którym roiło się od niebezpiecznych stworów. To pierwsze tak poważne polowanie od kiedy pojawiłem się tutaj, nie wiem czy jestem na to gotowy, dlatego cieszę się, że staruszek pojechał ze mną. Podczas jazdy panowała prawie całkowita cisza, zakłócał ją jedynie szum deszczu, odgłos kopyt wbijających się w miękkie podłoże oraz od czasu, do czasu słychać było pohukiwanie sowy.
– Jesteśmy – powiedział, po czym zatrzymał swojego konia.
Rozejrzałem się, aby zobaczyć co to za miejsce. Znajdowaliśmy się nad jeziorem o ciemnym kolorze, którego szerokość wynosiła zapewne kilka kilometrów, ponieważ drugi brzeg był prawie całkowicie niewidoczny. Woda wpływała do niego przez wysoki wodospad, obok którego znajdowało się wejście do jaskini. To był nasz cel.
– Trzymaj się blisko mnie, od teraz może zrobić się niebezpiecznie – powiedział, a następnie ruszył w kierunku jaskini.
Virden opowiadał mi o najróżniejszych stworach mieszkających w Teneber. Jego wiedza zaczynała się na postaciach tak małych jak chochliki, a kończyła na trollach wielkości dużych drzew. Ciekawe, co przyjdzie nam spotkać w tej jaskini i czy moje świeżo nabyte umiejętności okażą się wystarczające.
Obrazek
Awatar użytkownika
CrashuR

Golden Forki 2015 - Pełne Wersje (miejsce 3); Golden Forki 2014 - Pełne Wersje (miejsce 1)
Posty: 463
Rejestracja: 16 gru 2011, 16:08
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: CrashuR » 07 sty 2014, 18:23

W środku panował prawie całkowity mrok, na szczęście zabrałem ze sobą lampę i dość dużo nafty, aby móc poruszać się swobodnie po jaskini przez kilka godzin. Jej wnętrze było niesamowite. Ściany pokrywały różnorodne kolorowe kamienie odbijające światło, w taki sposób, iż niemal tworzyły tęczę. Niektóre z nich miniaturowe inne wręcz ogromne, wszystkie jednak, nieważne jaki miały rozmiar, wprawiały w osłupienie. Poziomem nie odstawał również sufit pokryty był setkami stalaktytów o różnej długości, spokojnie zwisających, czekających na moment, w którym będą mogły oderwać się od swoich braci i swobodnie opaść w ciemność. Widok był piękny i zapewne zgubny, dla wielu osób trafiających w to miejsce. Zafascynowani podróżnicy tracili swoją czujność, przez co trafiali do paszczy jednego z pająków, bądź kotła jakiegoś trolla.
Wchodziliśmy coraz głębiej w kręte, wąskie korytarze. Mieliśmy nadzieję jak najszybciej trafić na legowisko szarych wilków, bądź któregoś z kudłatych niedźwiedzi, widzianych często w tym rejonie. Mimo iż nafty mieliśmy jeszcze pod dostatkiem, musieliśmy wziąć pod uwagę również drogę powrotną. Nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, czy uda nam się wrócić na powierzchnię w ciemnościach. Coś takiego wydaje się niemożliwe w jaskini tak rozległej jak ta, wypełnionej po brzegi czyhającymi na nasze życie stworami, a na dodatek ze świadomością, iż Virden nigdy wcześniej nie zapuszczał się w te korytarze tak głęboko. Nagle dotarliśmy do miejsca, które przypominało podziemną krypę. Nie była to jednak zwykła sala, gdyż na środku w centralnym puncie umiejscowiono na małym podeście dźwignię, obok niej natomiast w równym od siebie odstępie na drewnianych stojakach rozstawiono sześć zardzewiałych zbroi. Nie ukrywam, dziwne miejsce. Dookoła na ścianach widniało wiele starych malowideł, większość bardzo mocno wyblakła i ledwo zauważalne było to, co się na nich znajduje. Jedno z nich szczególnie przykuło moją uwagę, znajdował się na nim mężczyzna trzymający w lewej ręce kryształ podobny do tych umieszczonych w ścianach. Posiadał on specyficzny kształt, dzięki któremu łatwo mieścił się w dłoni. Zaciekawiony starałem się podejść bliżej. Virden w tym czasie wpatrywał się w dźwignię, kryło się w niej coś niezwykłego. Byłem pewien, że służyła do otwierania tajnych wrót bądź uruchamiała jedynie pułapkę, ponieważ co innego mogłaby robić dźwignia na środku sali głęboko w jaskini? Wolałem uniknąć sprawdzenia odpowiedzi na własnym ciele. Gdy znalazłem się bliżej malowidła mężczyzny zauważyłem, pewien mały szczegół, którego nie miałem szans dostrzec z wcześniejszej odległości. Pod tym człowiekiem znajdował się napis w obcym mi języku.
– Virden, mógłbyś podejść tutaj na chwilę? Znalazłem coś ciekawego – zawołałem mojego towarzysza.
Starzec przez chwilę się nad czymś zastanawiał, wyglądał jakby nie chciał odchodzić od małego podestu bez rozwiązania jego zagadki, jednakże po chwili zdecydował, iż nie ma sensu próbować, a pociągnięcie za dźwignię będzie zbyt ryzykowne. Nie wiadomo w końcu co się mogło stać.
– Tutaj znajduje się napis w jakimś dziwnym języku. Nie jestem wstanie go przeczytać, ale może ty dasz radę – powiedziałem, gdy Virden był już zaledwie kilka kroków ode mnie, i wskazałem ręką na malowidło.
– Chłopcze, nie ma na tym świecie zdania, którego nie potrafiłbym przeczytać – odpowiedział, po czym podszedł bliżej napisu, aby dokładnie się mu przyjrzeć.
Zbladł, a jego twarz stała się biała niczym śnieg, jakby odpłynęła z niej cała krew. Nie był to dobry znak.
– Wynośmy się stąd... – powiedział, a w jego głosie usłyszeć można było lekkie oznaki paniki.
– Nie powinno nas tutaj być, nikogo nie powinno tutaj być... – dodał i odwrócił się, robiąc kilka szybkich kroków. Pośpiech spowodował, iż nie zauważył przed sobą stojaków, które otaczały podest, i wpadł na nie, przewracając aż cztery, po czym nie zdołał uchronić się przed upadkiem, który zakończył się na ziemi z głośnym trzaskiem. Hałas, jakiego narobił, był nie do opisania, dźwięk zapewne rozniósł się po korytarzach na odległość wielu kilometrów. Nic dziwnego, szczególnie w tak bardzo podatnym miejscu na rozprzestrzenianie się dźwięków jak jaskinia. Podbiegłem do niego, aby sprawdzić, czy nic mu się nie stało. Skurczybyk miał szczęście, połamał jedynie kilka strzał, a na jego ciele nie pojawiło się nic innego, niż kilka stłuczeń. Dobrze, że skończyło się tylko na siniakach.
– Nic mi nie jest. Może i jestem stary, ale krzepy jest jeszcze we mnie sporo – powiedział, podnosząc się z ziemi. Miał rację, był starym, ale silnym mężczyzną, u którego poddawanie się nie wchodziło w grę. Po chwili usłyszałem dziwny dźwięk, przypominał on tupot wielu par stóp. Odgłos stawał się coraz głośniejszy, jakby coś zbliżało się w naszym kierunku. Odwróciłem się w stronę, z której dostaliśmy się do środka, i zobaczyłem je. Małe, ohydne, powyginane stwory z prowizorycznymi mieczami prawie tak samo dużymi jak one same, które wbiegały do sali, wydając z siebie okropny ryk.
– Gobliny! – wrzasnął Virden, a ja chwyciłem za broń.
Automatycznie wyciągnąłem miecz z pochwy, podbiegłem do Virdena i ustawiłem się w pozycji obronnej, którą opracowaliśmy na naszych treningach. Ręce trzęsły mi się tak mocno, że prawie nie byłem w stanie utrzymać miecza. Walka z kimś, kto jest twoim przyjacielem i wiesz, iż nie zrobi ci krzywdy, to nie to samo, co starcie na polu bitwy. Serce podeszło mi do gardła, gdy zobaczyłem jak setki, może tysiące goblinów próbują dostać się do sali, aby nas dopaść. Dobrze wiedziałem, co mam robić w takiej sytuacji, przez ostatni czas poznałem wiele różnych kombinacji, ruchów, które mógłbym zastosować, aby się obronić bądź wykonać unik, jednakże gdy jedna z tych kreatur podbiegła do mnie i pchnęła w moją stronę swoim brudnym, obrzydliwym ostrzem, stałem jak sparaliżowany. Bałem się, okropnie się bałem. To nie mógł być mój koniec, nie mogłem odejść w taki sposób. Zabity i najprawdopodobniej pożarty przez hordę goblinów w miejscu, do którego nikt nigdy nie dotrze... Nie! Dwoma krótkimi krokami odskoczyłem w prawą stronę, po czym zaatakowałem poczwarę szybkim półobrotem. Goblin, mimo iż był dość zwinną istotą, nie dał rady uciec przed moim atakiem, miecz wbił się w jego ciało na wysokości szyi i przeszedł przez nie z zadziwiającą łatwością, tworząc ogromną ranę kończącą się tuż przy żebrach. Czarna krew trysnęła z krtani potwora, zalewając mi kurtkę, po czym bestia padła na ziemię z rozdartą klatką piersiową. To, co wypadło ze stwora było obrzydliwe, wnętrzności wyglądające niczym zgniłe, na wpół przetrawione zwierzę. W dodatku ten odór, z trudnością powstrzymałem mdłości.
– Zaid, uważaj! – usłyszałem, po czym gwałtownie podniosłem głowę. Jedna z poczwar biegła w moim kierunku, tym razem postanowiłem przejść do ataku. Ruszyłem w jej kierunku, będąc kilka kroków od goblina gwałtownie skręciłem w lewo, unikając jego niezbyt dobrze wymierzonego ciosu, moje zagranie zdezorientowało potwora, dzięki czemu udało mi się złapać go za kark i przebić ostrzem. Z kwikiem upadł na ziemię, rzucając się w przedśmiertnych konwulsjach. Obok Virdena leżało już kilkanaście trupów, jednakże bestii ciągle przybywało. Było ich zbyt wiele, nie mieliśmy szans... Musiałem coś zrobić, bo inaczej byłoby po nas! Wtedy mój wzrok padł na mały podest, kilkoma sporymi krokami podbiegłem do niego i pociągnąłem za znajdującą się na nim dźwignię. Sala zaczęła się trząść, wejście do krypty zamknęło się wielkimi, masywnymi drzwiami, miażdżąc kilkanaście goblinów nadal próbujących dostać się do środka, a ściany zaczęły poruszać się w naszym kierunku. Stwory zauważywszy to, straciły nami zainteresowanie i kwicząc próbowały znaleźć drogę ucieczki. Virden podbiegł i złapał mnie za rękę.
– Coś ty zrobił! – krzyknął z wściekłością.
– Miałem inne wyjście?! – odpowiedziałem, wyrywając się z jego uścisku. Ściany były coraz bliżej, a gobliny wydawały z siebie błagalne ryki jeszcze głośniej. Usłyszałem wtedy głośnie chrupnięcie, po czym zapadnia w podłodze otworzyła się i wraz z Virdenem wpadłem w stromy, ciemny tunel. Zjeżdżając, oddzieliłem się od mojego towarzysza, zauważyłem to jednak dopiero, gdy dotarłem do celu. Miałem nadzieję, że nic mu nie jest.
Ostatnio zmieniony 09 sty 2014, 00:41 przez CrashuR, łącznie zmieniany 2 razy.
Obrazek
Awatar użytkownika
Kleo

Golden Forki Special (zwycięstwo)
Posty: 934
Rejestracja: 31 sie 2012, 22:25

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: Kleo » 07 sty 2014, 22:05

Czekaj, trochę to bez sensu.
Poszli do jaskini, która była ich "celem", a potem Virden był okropnie zdziwiony tym, co w niej znaleźli? Jakoś mi się to kupy nie trzyma.
Awatar użytkownika
CrashuR

Golden Forki 2015 - Pełne Wersje (miejsce 3); Golden Forki 2014 - Pełne Wersje (miejsce 1)
Posty: 463
Rejestracja: 16 gru 2011, 16:08
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: CrashuR » 07 sty 2014, 22:52

Tak, jaskinia była ich "celem", ale wyruszyli tam na polowanie. Szukając zwierzyny zabrnęli troszku za daleko w jej wnętrze i znaleźli owe miejsce.
Obrazek
Awatar użytkownika
Kleo

Golden Forki Special (zwycięstwo)
Posty: 934
Rejestracja: 31 sie 2012, 22:25

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: Kleo » 07 sty 2014, 23:30

Ne, nie przekonałeś mnie. Koleś mieszka tam ileś lat, wie, że w jaskini jest godna uwagi zwierzyna, więc pewnie nie jeden raz tam polował, a teraz z nagła trafia w miejsce, którego nigdy wcześniej nie widział? Naciągane i już.
Parę słów wyjaśnienia w tym temacie jakoś by mogło sprawę załatwić, ale na razie jest to ewidentna luka logiczna.
Awatar użytkownika
CrashuR

Golden Forki 2015 - Pełne Wersje (miejsce 3); Golden Forki 2014 - Pełne Wersje (miejsce 1)
Posty: 463
Rejestracja: 16 gru 2011, 16:08
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: CrashuR » 07 sty 2014, 23:51

Mimo iż nafty mieliśmy jeszcze pod dostatkiem, musieliśmy wziąć pod uwagę również drogę powrotną, nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, czy uda nam się wrócić na powierzchnię w ciemnościach, co zapewne byłyby niemożliwe w jaskini tak rozległej jak ta, wypełnionej po brzegi czyhającymi na nasze życie stworami, a na dodatek ze świadomością, iż Virden nigdy wcześniej nie zapuszczał się w te korytarze tak głęboko.


Dzięki za komentarze i wyłapanie tego błędu, a jeżeli mogę zapytać, to co sądzisz o całości?
Obrazek
Awatar użytkownika
Kleo

Golden Forki Special (zwycięstwo)
Posty: 934
Rejestracja: 31 sie 2012, 22:25

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: Kleo » 08 sty 2014, 11:00

Jeśli chodzi o treść, to przyznam, że nawet mnie zaciekawiło, mimo że na razie trąci sztampą na kilometr. Najładniej wyszedł ci chyba opis bitki z goblinami - jest akcja i są emocje.
Od strony stylistycznej tekst da się bez wielkiego bólu czytać, ale to i owo jednak zgrzyta, więc mam ogromną ochotę lekko go "wygładzić". Momentami piszesz straszliwie długie zdania, co w sumie jestem w stanie zrozumieć, bo też mam do tego skłonność. Ale podzielenie niektórych - zwłaszcza współrzędnie złożonych - dobrze by im zrobiło. Poza tym nie mieszaj czasów, jak już zdecydowałeś się na przeszły, to bądź w tym konsekwentny. I niektóre sformułowania są do poprawki. Na przykład "duży impet" brzmi tak sobie - impet ze swojej natury ma sporo rozmachu, więc nie potrzebuje już przymiotnika. "Skurczybyk" też mnie tu trochę razi, nie pasuje do tekstu. I postaraj się jednak wyleczyć z manii "posiadania" - imię się MA, a nie POSIADA (wyobraź sobie, że podchodzisz do kogoś i pytasz - jakie imię posiadasz? - głupio brzmi, nie?). I raczej unikaj tego typu konstrukcji, bo nie wychodzą ci najlepiej:
Głowę opartą miałem na czymś, co przypominało poduszkę, leżąc na prowizorycznym drewnianym łóżku.
Nie kombinuj za bardzo, prostsze zdania nie brzmią wcale gorzej. Na przykład można tak: "Leżałem na prowizorycznym, drewnianym łóżku, a głowę miałem opartą na czymś, co przypominało poduszkę." Jeszcze kilka drobnych grzeszków mogłabym ci wypomnieć, ale może tyle na razie wystarczy. Pisz i nabieraj wprawy, zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Awatar użytkownika
CrashuR

Golden Forki 2015 - Pełne Wersje (miejsce 3); Golden Forki 2014 - Pełne Wersje (miejsce 1)
Posty: 463
Rejestracja: 16 gru 2011, 16:08
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: CrashuR » 10 sty 2014, 13:29

W środku panował prawie całkowity mrok, na szczęście zabrałem ze sobą lampę i dość dużo nafty, aby móc poruszać się swobodnie po jaskini przez kilka godzin. Jej wnętrze było niesamowite. Ściany pokrywały różnorodne kolorowe kamienie odbijające światło, w taki sposób, iż niemal tworzyły tęczę. Niektóre z nich miniaturowe inne wręcz ogromne, wszystkie jednak, nieważne jaki miały rozmiar, wprawiały w osłupienie. Poziomem nie odstawał również sufit pokryty był setkami stalaktytów o różnej długości, spokojnie zwisających, czekających na moment, w którym będą mogły oderwać się od swoich braci i swobodnie opaść w ciemność. Widok był piękny i zapewne zgubny, dla wielu osób trafiających w to miejsce. Zafascynowani podróżnicy tracili swoją czujność, przez co trafiali do paszczy jednego z pająków, bądź kotła jakiegoś trolla.
Wchodziliśmy coraz głębiej w kręte, wąskie korytarze. Mieliśmy nadzieję jak najszybciej trafić na legowisko szarych wilków, bądź któregoś z kudłatych niedźwiedzi, widzianych często w tym rejonie. Mimo iż nafty mieliśmy jeszcze pod dostatkiem, musieliśmy wziąć pod uwagę również drogę powrotną. Nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać, czy uda nam się wrócić na powierzchnię w ciemnościach. Coś takiego wydaje się niemożliwe w jaskini tak rozległej jak ta, wypełnionej po brzegi czyhającymi na nasze życie stworami, a na dodatek ze świadomością, iż Virden nigdy wcześniej nie zapuszczał się w te korytarze tak głęboko. Nagle dotarliśmy do miejsca, które przypominało podziemną krypę. Nie była to jednak zwykła sala, gdyż na środku w centralnym puncie umiejscowiono na małym podeście dźwignię, obok niej natomiast w równym od siebie odstępie na drewnianych stojakach rozstawiono sześć zardzewiałych zbroi. Nie ukrywam, dziwne miejsce. Dookoła na ścianach widniało wiele starych malowideł, większość bardzo mocno wyblakła i ledwo zauważalne było to, co się na nich znajduje. Jedno z nich szczególnie przykuło moją uwagę, znajdował się na nim mężczyzna trzymający w lewej ręce kryształ podobny do tych umieszczonych w ścianach. Posiadał on specyficzny kształt, dzięki któremu łatwo mieścił się w dłoni. Zaciekawiony starałem się podejść bliżej. Virden w tym czasie wpatrywał się w dźwignię, kryło się w niej coś niezwykłego. Byłem pewien, że służyła do otwierania tajnych wrót bądź uruchamiała jedynie pułapkę, ponieważ co innego mogłaby robić dźwignia na środku sali głęboko w jaskini? Wolałem uniknąć sprawdzenia odpowiedzi na własnym ciele. Gdy znalazłem się bliżej malowidła mężczyzny zauważyłem, pewien mały szczegół, którego nie miałem szans dostrzec z wcześniejszej odległości. Pod tym człowiekiem znajdował się napis w obcym mi języku.
– Virden, mógłbyś podejść tutaj na chwilę? Znalazłem coś ciekawego – zawołałem mojego towarzysza.
Starzec przez chwilę się nad czymś zastanawiał, wyglądał jakby nie chciał odchodzić od małego podestu bez rozwiązania jego zagadki, jednakże po chwili zdecydował, iż nie ma sensu próbować, a pociągnięcie za dźwignię będzie zbyt ryzykowne. Nie wiadomo w końcu co się mogło stać.
– Tutaj znajduje się napis w jakimś dziwnym języku. Nie jestem wstanie go przeczytać, ale może ty dasz radę – powiedziałem, gdy Virden był już zaledwie kilka kroków ode mnie, i wskazałem ręką na malowidło.
– Chłopcze, nie ma na tym świecie zdania, którego nie potrafiłbym przeczytać – odpowiedział, po czym podszedł bliżej napisu, aby dokładnie się mu przyjrzeć.
Zbladł, a jego twarz stała się biała niczym śnieg, jakby odpłynęła z niej cała krew. Nie był to dobry znak.
– Wynośmy się stąd... – powiedział, a w jego głosie usłyszeć można było lekkie oznaki paniki.
– Nie powinno nas tutaj być, nikogo nie powinno tutaj być... – dodał i odwrócił się, robiąc kilka szybkich kroków. Pośpiech spowodował, iż nie zauważył przed sobą stojaków, które otaczały podest, i wpadł na nie, przewracając aż cztery, po czym nie zdołał uchronić się przed upadkiem, który zakończył się na ziemi z głośnym trzaskiem. Hałas, jakiego narobił, był nie do opisania, dźwięk zapewne rozniósł się po korytarzach na odległość wielu kilometrów. Nic dziwnego, szczególnie w tak bardzo podatnym miejscu na rozprzestrzenianie się dźwięków jak jaskinia. Podbiegłem do niego, aby sprawdzić, czy nic mu się nie stało. Skurczybyk miał szczęście, połamał jedynie kilka strzał, a na jego ciele nie pojawiło się nic innego, niż kilka stłuczeń. Dobrze, że skończyło się tylko na siniakach.
– Nic mi nie jest. Może i jestem stary, ale krzepy jest jeszcze we mnie sporo – powiedział, podnosząc się z ziemi. Miał rację, był starym, ale silnym mężczyzną, u którego poddawanie się nie wchodziło w grę. Po chwili usłyszałem dziwny dźwięk, przypominał on tupot wielu par stóp. Odgłos stawał się coraz głośniejszy, jakby coś zbliżało się w naszym kierunku. Odwróciłem się w stronę, z której dostaliśmy się do środka, i zobaczyłem je. Małe, ohydne, powyginane stwory z prowizorycznymi mieczami prawie tak samo dużymi jak one same, które wbiegały do sali, wydając z siebie okropny ryk.
– Gobliny! – wrzasnął Virden, a ja chwyciłem za broń.
Automatycznie wyciągnąłem miecz z pochwy, podbiegłem do Virdena i ustawiłem się w pozycji obronnej, którą opracowaliśmy na naszych treningach. Ręce trzęsły mi się tak mocno, że prawie nie byłem w stanie utrzymać miecza. Walka z kimś, kto jest twoim przyjacielem i wiesz, iż nie zrobi ci krzywdy, to nie to samo, co starcie na polu bitwy. Serce podeszło mi do gardła, gdy zobaczyłem jak setki, może tysiące goblinów próbują dostać się do sali, aby nas dopaść. Dobrze wiedziałem, co mam robić w takiej sytuacji, przez ostatni czas poznałem wiele różnych kombinacji, ruchów, które mógłbym zastosować, aby się obronić bądź wykonać unik, jednakże gdy jedna z tych kreatur podbiegła do mnie i pchnęła w moją stronę swoim brudnym, obrzydliwym ostrzem, stałem jak sparaliżowany. Bałem się, okropnie się bałem. To nie mógł być mój koniec, nie mogłem odejść w taki sposób. Zabity i najprawdopodobniej pożarty przez hordę goblinów w miejscu, do którego nikt nigdy nie dotrze... Nie! Dwoma krótkimi krokami odskoczyłem w prawą stronę, po czym zaatakowałem poczwarę szybkim półobrotem. Goblin, mimo iż był dość zwinną istotą, nie dał rady uciec przed moim atakiem, miecz wbił się w jego ciało na wysokości szyi i przeszedł przez nie z zadziwiającą łatwością, tworząc ogromną ranę kończącą się tuż przy żebrach. Czarna krew trysnęła z krtani potwora, zalewając mi kurtkę, po czym bestia padła na ziemię z rozdartą klatką piersiową. To, co wypadło ze stwora było obrzydliwe, wnętrzności wyglądające niczym zgniłe, na wpół przetrawione zwierzę. W dodatku ten odór, z trudnością powstrzymałem mdłości.
– Zaid, uważaj! – usłyszałem, po czym gwałtownie podniosłem głowę. Jedna z poczwar biegła w moim kierunku, tym razem postanowiłem przejść do ataku. Ruszyłem w jej kierunku, będąc kilka kroków od goblina gwałtownie skręciłem w lewo, unikając jego niezbyt dobrze wymierzonego ciosu, moje zagranie zdezorientowało potwora, dzięki czemu udało mi się złapać go za kark i przebić ostrzem. Z kwikiem upadł na ziemię, rzucając się w przedśmiertnych konwulsjach. Obok Virdena leżało już kilkanaście trupów, jednakże bestii ciągle przybywało. Było ich zbyt wiele, nie mieliśmy szans... Musiałem coś zrobić, bo inaczej byłoby po nas! Wtedy mój wzrok padł na mały podest, kilkoma sporymi krokami podbiegłem do niego i pociągnąłem za znajdującą się na nim dźwignię. Sala zaczęła się trząść, wejście do krypty zamknęło się wielkimi, masywnymi drzwiami, miażdżąc kilkanaście goblinów nadal próbujących dostać się do środka, a ściany zaczęły poruszać się w naszym kierunku. Stwory zauważywszy to, straciły nami zainteresowanie i kwicząc próbowały znaleźć drogę ucieczki. Virden podbiegł i złapał mnie za rękę.
– Coś ty zrobił! – krzyknął z wściekłością.
– Miałem inne wyjście?! – odpowiedziałem, wyrywając się z jego uścisku. Ściany były coraz bliżej, a gobliny wydawały z siebie błagalne ryki jeszcze głośniej. Usłyszałem wtedy głośnie chrupnięcie, po czym zapadnia w podłodze otworzyła się i wraz z Virdenem wpadłem w stromy, ciemny tunel. Zjeżdżając, oddzieliłem się od mojego towarzysza, zauważyłem to jednak dopiero, gdy dotarłem do celu. Miałem nadzieję, że nic mu nie jest.
Obrazek
Awatar użytkownika
CrashuR

Golden Forki 2015 - Pełne Wersje (miejsce 3); Golden Forki 2014 - Pełne Wersje (miejsce 1)
Posty: 463
Rejestracja: 16 gru 2011, 16:08
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: CrashuR » 20 sty 2014, 23:18

Stałem przez chwilę we wszechobecnej ciemności, nie wiedząc, co robić. Moje oczy powoli przyzwyczajały się do mroku, dlatego ujrzeć mogłem rozmazane kontury. Znajdowałem się w jakimś pokoju, o wiele mniejszym, niż sala, z której tutaj zjechałem. Sprawdziłem stan swojego ekwipunku, większość rzeczy była tam, gdzie powinna, niestety straciłem miecz. Najprawdopodobniej wypadł mi, gdy zsuwałem się do tunelu. Zrobiłem kilka kroków do przodu. Na jednej ze ścian zauważyłem kawałek drewna przypominający pałkę. Podszedłem do niego, wyciągnąłem z uchwytu, w którym się znajdował, i odłożyłem na ziemię. Całe szczęście w torbie nienaruszony leżał zestaw do rozpalania ogniska oraz zapas nafty. Miałem wystarczającą liczbę materiałów, aby złożyć pochodnię, potrzebowałem jedynie tkaniny nadającej się do nasączenia. Zdjąłem kurtkę, nie była w najlepszym stanie, a na dodatek cuchnęła goblinem. Rozdarłem ją, jedynym z kawałków owinąłem górną część drewna i oblałem go naftą, resztę na wszelki wypadek schowałem do torby i chwyciłem za pudełeczko, w którym znajdowało się krzesiwo i krzemień.
Po chwili w pomieszczeniu zrobiło się jasno, teraz, gdy udało mi zdobyć światło, zauważyłem przed sobą stare, drewniane drzwi z dziwnym symbolem przypominającym gwiazdę. Rozejrzałem się dookoła, pomieszczenie było puste, a jedyna droga, którą mógłbym się kierować, prowadziła przez owe drzwi. Nie miałem innego wyjścia, podszedłem do nich i pchnąłem je. Z trudem otworzyły się, wydając przy tym straszliwy dźwięk. Ujrzałem przed sobą ciemny podłużny korytarz, po którego obu stronach, na stojakach znajdowały się zbroje wyglądające jak te, które razem z Virdenem widziałem wcześniej, jednakże dla tych czas był o wiele łaskawszy. Samo pomieszczenie najprawdopodobniej nie odwiedzane było przez wieki, ponieważ w każdym z możliwych rogów znajdowała się gęsta, ciemna, brudna pajęczyna. Gruba warstwa kurzu osadziła się również na podłodze. Chodząc, na posadzce zostawiałem ślady butów, podobne do tych odciśniętych zimą na śniegu. Z każdą sekundą zagłębiając się w przestrzeń korytarza, czułem, jak gęstnieje powietrze, jakby wokół odczuć dało się czystą energię, która nie może znaleźć ujścia i wisi w bezruchu. Uczucie tak silne, iż każdy oddech stawał się coraz cięższy. Coś było tutaj nie tak, nie miałem pojęcia, co się tutaj dzieje, jednakże wiedziałem, że niedługo przyjdzie mi się tego dowiedzieć. W końcu ten korytarz był jedyną drogą. Starałem się iść dalej mimo narastającego napięcia. Moje serce uderzało w nienaturalnym rytmie. Światło pochodni powoli odkrywało przede mną to, co znajdowało się na równolegle położonej do mnie ścianie.
Były to wielkie, kamienne wrota, na których widniał tym razem wyraźny okrąg, z którego w różnych kierunkach rozchodziło się pięć odnóg przypominających pochyloną gwiazdę. Każda z nich namalowana została innym kolorem: żółtym, czerwony, zielonym, niebieskim oraz brązowym. Nigdzie dookoła nie było żadnej dźwigni ani przełącznika, dlatego postanowiłem zrobić kilka kroków wprzód, aby przyjrzeć się dokładniej. To był błąd, usłyszałem kliknięcie, odruchowo spojrzałem w dół. Strzała przemknęła mi przed twarzą, a za nią następna. Z każdej strony nadciągały kolejne. Próbując złapać oddech, odskoczyłem w prawo do jednego ze stojaków. Poczułem ogromny ból w okolicy barku. Upadłem na ziemię tuż obok zbroi, obróciłem głowę i zobaczyłem wystający grot jednej z nich. Unikając strzał nadlatujących od frontu, nie zauważyłem tej, która leciała tuż za mną. Ciepła krew spływała mi po lewej ręce, musiałem pozbyć się jej jak najszybciej. Nie mogłem jednak tego zrobić w całości. Złapałem za tylną część, aby ją złamać, ból stał się jeszcze silniejszy. Starając się nie zemdleć, szarpnąłem z całej siły. Strzała trzasnęła, odrzuciłem fragment, który został mi w dłoni, i złapałem za grot, powoli go wyciągnąłem. Świat zaczął wirować, oparłem się o ścianę, aby nie stracić równowagi. Skierowałem wzrok w kierunku kamiennych drzwi. Były otwarte, jednakże nad moją głową ciągle słychać było odgłosy tnących powietrze pocisków. Postanowiłem spróbować przeczołgać się pod nimi i dostać się do wrót. Musiałem robić to jedną ręką, gdyż lewa odmawiała mi posłuszeństwa. Z każdym ruchem dziura w barku sprawiała mi ból, mimo to nie miałem zamiaru się poddać. Wsunąłem się przez otwór do kolejnego pomieszczenia i opadłem na ziemię.
Uczucie, którego doświadczyłem, spacerując przez korytarz, w porównaniu z tym, co odczuwałem teraz, było niczym. Z trudem łapiąc, powietrze podniosłem się na kolana i uniosłem głowę. Zobaczyłem przed sobą schody, nad którymi lewitował mały, czerwony kamień, błyszczący niczym jedna z gwiazd. Wyglądał jak ten z malowidła. Wstałem, chwiejnym, powolnym krokiem podszedłem do niego. Wyciągnąłem prawą rękę, aby go dotknąć, musiałem to zrobić. Poczułem, jak ciepło, które zamienia się w przerażający ból, przepływa przez moje żyły aż do serca, jakby ktoś wbił mi w nie sztylet wyciągnięty dopiero co z pieca kowala. Zrobiło się ciemno, upadłem na ziemię.
Obrazek
Awatar użytkownika
CrashuR

Golden Forki 2015 - Pełne Wersje (miejsce 3); Golden Forki 2014 - Pełne Wersje (miejsce 1)
Posty: 463
Rejestracja: 16 gru 2011, 16:08
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Re: Zaid: Magiczny Chłopiec - Czyli z serii KraszuR pisze.

Postautor: CrashuR » 31 sty 2014, 16:20

Gdy odzyskałem świadomość znajdowałem się w ruchu. Coś (lub ktoś) ciągnęło mnie za nogę ściskając mocno w okolicy kostki. Ciągle z zamkniętymi powiekami starałem się ruszyć rękoma, jednakże mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa. W klatce piersiowej odczuwałem ciepło, które z każdą sekundą emanowało w coraz to dalsze zakątki mojego ciała. Nie mam pojęcia czym było to uczucie, ale zdawało mi się, że powoli stawia mnie na nogi. Podniosłem powieki. Nie spodziewałem się zauważyć wielu szczegółów, jednakże udało mi się dość dobrze przyjrzeć postaci trzymającej mnie za nogę. Był to jakiś dziwny potwór o zielonym odcieniu skóry podobny do chochlika, ale szpetny niczym goblin. Nie był wyższy niż półtora metra. Przestraszyłem się, mimo wszystko próbowałem nie panikować i tak nie mógłbym się bronić nie będąc w stanie ruszyć nawet palcem, dlatego postanowiłem udawać, iż nadal nie odzyskałem świadomości. Po kilkunastu niekończących się minutach zatrzymałem się, a uścisk na mojej kostce początkowo zmalał, po czym zniknął całkowicie. Usłyszałem za sobą głośne, powolne kroki. Otworzyłem jedno oko, aby zobaczyć gdzie jestem. Niestety ciemność była zbyt wielka, abym mógł cokolwiek ujrzeć. Powoli uniosłem głowę, za nią tułów, po czym usiadłem. Nadal czułem się słabo, dlatego starałem się nie nadwyrężać. Bark nadal sprawiał mi ból. Całe szczęście krwawienie ustało i nie wdało się zakażenie. Poszarpana od ciągnięcia po ziemi torba nie nadawała się do użytku. Wszystkie moje przedmioty najprawdopodobniej zostały roztrzaskane gdzieś po drodze, albo po prostu wypadły. Usłyszałem głuchy dźwięk, jakby ktoś z dużą siłą zamknął skrzynię, bądź szafę. Obróciłem się. W oddali ujrzałem mały jasny punkt. Światło, które zbliżało się do mnie. Z trudem stanąłem na nogi nie spuszczając oczu z owego punktu. Blask, który mógł być dla mnie zgubą, teraz okazał się zbawieniem. Promienie pochodni, które desperacko próbowały dotrzeć w głąb jaskini oświetlały mi bowiem to, co znajdowało się przede mną. Dzięki temu miałem chwilę, aby obmyślić jakiś plan.
Kilka metrów ode mnie zauważyłem wąski korytarzyk. Wiedziałem, że nie mam za dużo czasu, dlatego postawiłem wszystko na jedną kartę. Chwiejnym krokiem ruszyłem w jego stronę starając się nie hałasować. Gdy wszedłem w cienką szparę światło zaczynało docierać do miejsca, w którym potwór zostawił mnie wcześniej. Teraz mogłem przyjrzeć mu się lepiej. Miał na sobie starą, podniszczoną skórzaną zbroję, czapkę i buty. Jego twarz była przerażająca. Wielkie żółte ślepia wpatrywały się w dal, a ogromne zęby wystawały z jego pyska, jakby w zachwycie. Z lewego boku zwisała mu pochwa starego miecza. Mimo swojego wieku wyglądał na zadbany. Nie był on jednak dziełem goblinów, ani innych stworzeń zamieszkujących tę jaskinię. Żadna z tych kreatur nie potrafiłaby stworzyć tak pięknego ostrza. Bestia dotarła już na miejsce, widać było w jej oczach zdziwienie, gdy nie zastała swojej ofiary. Przez chwilę stała w bezruchu. Nie wytrzymała jednak tak długo, rzuciła pochodnię na ziemię i zaczęła biegać po okolicy wrzeszcząc. Okropny widok.
- Czyżbyś nadal żył? Nie wiem gdzie jesteś, ale znajdę cię. Nie mogłeś uciec daleko, byłeś na to za bardzo podziurawiony. Znajdę cię. Zjadę! A wtedy... Wtedy wyrwę ci wątrobę i upiekę ją sobie na ognisku. - Powiedział potwornym głosem stwór i zaczął się śmiać.
Moje serce zamarło. "On potrafi mówić?!" pomyślałem. Jakim cudem coś takiego mogło być rozumną istotą? Moje szanse na przeżycie drastycznie zmalały, byłem pewien, że tym razem nie dam rady wyjść z tego cało. Zwierzę nadal przeszukiwało jaskinię nie mogłem, więc zostać w tym miejscu, gdyż oznaczałoby to pewną śmierć. Postanowiłem uciec w stronę, z której przyszło monstrum. Powoli wyszedłem z korytarzyka i ruszyłem w nieznane. Dotarłem do legowiska, jeżeli tak można to nazwać, goblinopodobnego stwora. Dookoła znajdowały się przedmioty pochodzenia ludzkiego. Najprawdopodobniej należały do osób, które nigdy nie wróciły z tych jaskiń. To coś zbierało tutaj wszystko. Nie to było jednak najokropniejsze, w prawym rogu leżała sterta ludzkich kości. Nie byłem pierwszą osobą, którą dorwało. Szybko znalazłem stary, ale ostry miecz. Miałem nadzieję, że uda mi się zaskoczyć potwora i zakończyć walkę zanim jeszcze się zacznie. Odwróciłem się. Kilka metrów przede mną z niesamowicie przerażającym uśmiechem stała przede mną owa bestia.
- Jesteś mój! - Wrzasnął i ruszył w moim kierunku.
Ledwo wykonałem unik, w obecnym stanie nie mogłem walczyć. Byłem na to zbyt słaby, a rana w barku eliminowała moją lewą rękę. Zrobiłem kilka szybkich kroków w lewą stronę, nie zauważyłem, iż jestem zbyt blisko ściany i uderzyłem w nią rannym barkiem. Po raz kolejny poczułem niewyobrażalny ból, zrobiło mi się ciemno przed oczami. Przez chwilę straciłem kontakt ze światem rzeczywistym, co spowodowało, że wypuściłem broń. Potwór biegł już w moją stronę z mieczem uniesionym ponad głowę. Chciał zadać ostateczny cios. Nie będąc w pełni świadom tego co robię wystawiłem prawą rękę przed siebie. Na czubku palców poczułem gorąco, które spływało do środka mojej dłoni. Po chwili pojawiła się w niej niewielka kula ognia, która urosła dopasowując się do jej rozmiarów. Wystrzeliła!
Obrazek

Wróć do „Galeria”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 6 gości