[ spis treści | kontakt ]




Siliana

Wstęp


Karczma "Pod Zdechłym Rekinem" była jedyną karczmą w promieniu wielu mil, jednak w przeciwieństwie do innych karczm tego typu ta była naprawdę wielka. Mieściło się w niej o wiele więcej osób niż w innych karczmach, stołów było dość dużo by wszyscy mieszkańcy miasta mogli przyjść tu z rodzinami na posiłek, a miejsca zawsze by zostało na drugie tyle. Zawsze jednak była przynajmniej w połowie pełna, zalęgana przez wszystkie rasy. Widać było krasnoludów, na zmianę opowiadających historie swoich podbojów, po czym jednym susem wypijając cały kufel piwa, zamawiając przy tym następny i tak w kółko. Tuż przy ladzie siedziała grupa nigdy nie najedzonych niziołków, pochłaniających wszystkie możliwe potrawy i nie rosnąc ani centymetra Elfów jak zwykle było mało, unikały takich miejsc, a te co były albo grały piękne pieśni na swoich lutniach i harfach, inni zaś byli zajęci swoimi sprawami. Ludzi było jak zawsze najwięcej, każdy zajęty czymś innym: jedni pili razem z krasnoludami, inni słuchali pieśni elfów i dodawali swoje utwory, jeszcze inni siłowali się na rękę i uprawiali nielegalny hazard. Właściciel karczmy był jak zawsze pełen pracy i szczęśliwy, na wieść że jego sakiewka zapełni się kolejnymi monetami. Cały czas nadzorował pracę: a to zaglądał do kuchni poganiając kucharzy, a to co jakiś czas wrzasnął na kelnerkę, która na chwilę usiadła aby odpocząć, a czasem dołączał do gości i jak na karczmarza przystało wchłaniał wiedzę, by w odpowiednim czasie móc ją sprzedać ciekawskim za drobne sumy. Był to mimo wszystko poczciwy człowiek, nie tylko ze względu na majątek był poważany przez ludzi, lecz również za dobroć, która u karczmarzy była rzadkim zjawiskiem. Nigdy nie mógł odmówić głodnemu, nie mającemu grosika na jedzenie, choć tych bogatszych zawsze zasypywał najdroższymi produktami.
Sama zaś karczma jako budynek zawsze miała jeden stół wolny. Był on inny, niepodobny do reszty występujących w gospodzie. Owa inność nie polegała tylko na wielkości, bowiem wszystkie stoły mieściły przy sobie dziesięć osób, w tym zaś mieściło się zaledwie sześcioro przybyszy, niezależnie od rasy, tuszy i ubrania. Stół był na ogół pusty, a ci którzy na nim siadali byli ludźmi którzy najczęściej szukali przygód albo szybkich, nie zawsze łatwych i czystych pieniędzy. Nie było to zamierzeniem właściciela, ale każdy który tam siadał zawsze mógł się spodziewać osoby, która przyjdzie i zleci im zadanie, za które oczywiście sowicie zapłaci. Zazwyczaj małe sumki, ale zdarzają się wielkie rzeczy. Zadania które tak przekazują przy tym stole są różne: od uprawiania pola, poprzez dostarczenie przesyłki, aż do kradzieży i morderstw. Nikt z tubylców nigdy przy nim nie siada, bowiem ci którzy tak zrobią często są narażeni na złość innych mieszkańców, którzy nie chcą mieć nikogo podejrzanego w pobliżu. Inaczej za to traktują obcych przybyszów: nie obrzucają ich błotem, ani też nie obdarowują prezentami, lecz jedynie zostawiają w spokoju, mając nadzieję że znajdzie dobrą fochę i nie będzie zawracał im głowy.

Pierwszy wybraniec


... do karczmy wstąpił kolejny gość. Nie wyglądaj podejrzanie - człowiek ubrany w długie wytarte spodnie i koszulę, w większości zakrytą ciemnym płaszczem aż do kolan. W chwili przekroczenia progu karczmy zdjął również kaptur, odsłaniając swoje ciemne, kędzierzawe włosy i lśniąco brązowe oczy. Nie miał żadnego widoczengo bagażu, sakiewka na pasie zakryta była płaszczem, nie widać było też żadnej broni, więc większość gości pomyślała że przyszedł on tu żeby się zabawić, jak reszta ludzi. Ku ich zdziwieniu ów młodzieniec usiadł na tym stole, w któym było sześć miejsc. Myśleli oni że się pomylił, albo nie wiedział co robi, jednak nikomu nie chciało się mu nic mówić. I nie musieli- dobrze wiedział gdzie usiadł, nawet przybysz z tak daleka zna sześcioosobowy stół w karczmie "Pod zdechłym Rekinem". Nie miał on za dużo pieniędzy, musiał się więc posilić małym skrawkiem dziczyzny oraz kuflem najtańszego i najgorszego piwa, z czego zostały mu zaledwie dwie monety w sakiewce.
-Czas znaleźć pracę...- rzekł do siebie, po cichu...

Drugi wybraniec


...Następnym podróżnikiem który przekroczył progi karczmy był niewysoki, okryty dużym płaszczem podróżnik. Kiedy tylko go zdjął i odsłonił swoje długie,ciemne włosy związane w staranny kucyk i długie spiczaste uszy, usłyszał głosy kilku krasnoludów
-Patrzcie, kolejny elf. Będzie na czym trenować rzucanie kamieniami - po czym owa grupka zaczęła się głośno śmiać, jednak on nie powiedział ani słowa.
Całą twarz miał pokrytą niewielkimi, gojącymi się już bliznami. Ubrany był w lekką kurtkę, spodnie i buty ze skóry. Płaszcz, który zdjął przed chwilą był koloru ciemno-zielonego. Na plecach miał zarzucony długi, elfi łuk i kołczan ze strzałami, choć widać było że trochę już ich zmarnował. Do pasa miał przypięty długi sztylet, a w cholewie buta schowany był drugi, nieco mniejszy, ledwo widoczny. Widać było jeszcze sakiewkę, choć nie było mu wcale ciężko, gdyż była prawie pusta. Z różnych źródeł wie, że największe szanse na zdobycie roboty ma siadając przy stole, przy którym jest tylko sześć miejsc. Widział tylko jeden, choć zajęty przez jednego człowieka, wcinającego niewielki kawałek mięsa. Mimo to nie zważał na niego i również podszedł do stołu i usiadł mu naprzeciw, nie siląc się nawet na przywitanie. Nie musiał, wątpił czy potrzebna będzie znajomość jego imienia...

Trzeci wybraniec


... Do karczmy wstąpiła kolejna osoba, tym razem była to młoda, szczupła i zgrabna kobieta. Jej olśniewające rude włosy, splecione w dwa warkoczyki, sięgały aż do łopatek. Nosiła jasną koszulkę, wsadzoną w brązowe skórzane spodnie, przytrzymywane szerokim pasem, u boku którego wisiał dumnie zdobiony klejnotami miecz schowany w skórzanej pochwie. W czarnym bucie, a dokładnie w lewym, widać było wystającą rękojeść małego sztyletu. Również i ona przeszła w stronę sześcioosobowego stołu, nie zwracając większej uwagi. Kiedy do niego dotarła, ze lekkim zdenerwowaniem zapytała czy może usiąść przy tym stole. Nie było powodów by elf i człowiek mieli jej odmówić, więc pokiwali głowami na potwierdzenie. Ona zaś tylko się lekko uśmiechnęła, wprawiając serca gości w szybsze bicie, po czym zdjęła swój miecz i położyła go na stole a sama usiadła obok elfa...

Czwarty wybraniec


...Następnym poszukiwaczem przygód był niski, szeroki w barach krasnolud, ubrany w stare, acz solidne ubranie, pełny hełm przykrywał jego twarz zarośniętą brodą czarną, miejscami siwą. Na twarzy można było ujrzeć długą bliznę, biegnącą pionowo przez cały polik. Okryty był płaszczem z kapturem, który zdjął jednak kiedy wszedł do ciepłej karczmy. Szedł w strone tego stołu, po drodze bywalcy zauważyli jego poteżny, dwuręczny młot na jego plecach. Nawet jak na krasnoluda było widać że jest naprawdę silny. Usiadł on przy stole, ani nie pytając nikogo, ani nawet się nie witając. Pozostali również milczeli, jednak bali się współpracy z kimś takim...

Piąty wybraniec


... Kolejnym poszukiwaczem przygód był rosły, wysoki i silnie wyglądający marynarz. Kiedy zamknął drzwi mógł spokojnie zdjąć z głowy skórzaną czapkę, gdyż w środku było znacznie cieplej, mimo to ciągle pocierał sobie ręce, gdyż nie przywykł do tak zimnego klimatu. Miał na sobie standardowe, żeglarskie ubranie, łącznie z grubą, skórzaną kurtką. Zdjąwszy czapkę ukazał swoje krótkie, czarne włosy, niegolony przez tydzień zarost i wąsy. Na ogorzałej od wiatru twarzy ma kilka blizn, zapewne od tych tawernowych bójek, jakich żeglarze mają średnio jedną na dzień. Za pasem miał schowany długi nóż i krótki miecz, a w cholewie buta był jeszcze sztylet. Nic nie mówił jak wszedł, nikt również nie zwracał uwagi na przybysza. Podszedł on do stołu, gdzie ujrzał krasnoluda, elfa i dwóch ludzi odmiennej płci, jednak to go nie obchodziło, usiadł grzecznie i czekał na jakąś robotę, zresztą jak i inni...

Szósty wybraniec


...Ostatnim który wszedł do karczmy było jakieś małe stworzonko, choć kiedy zdjęło płaszcz okazało się że jest to tylko niziołek. Ubrany był w szary płaszcz z kapturem, lekką skórzaną zbroję, parę średnich spodni i butów. Był białej karnacji brunetem, choć widać było już nieco siwych włosów. Jak na niziołka dziwiła trochę tusza, gdyż wydawał się być bardzo szczupłym osobnikiem. Twarz miał pokrytą dwoma bliznami - jedną wyglądającą na bliznę od kołka wbijanego w polik, a drugą na czole. Każdy widząc takiego osobnika od razu mówi że jest to typowy łotrzyk, więc wszyscy trzymali się na dystans i bacznie obserwowali jego ruchy, on zaś podążał w stronę tego stołu, gdzie pięć na sześć miejsc było już niestety zajętych. Ucieszył się z jeszcze wolnego miejsca i z tych co tam przesiadywali. Wiedział że to najlepszy sposób na zdobycie pieniędzy, nie wiedział co prawda jakie będzie zadanie, ale to go nie odstraszało. Grzecznie spytał, czy może usiąść, ale nie usłyszał odpowiedzi, może dlatego że cicho spytał, a może go zignorowali. Tak czy inaczej miejsce wolne było, więc usiadł...
To był już ostatni podróżnik, nikt więcej w tej przygodzie nie uczestniczył...

[atr]


Wstecz :: Index :: Dalej