XXV pokolenie to opowiadanie, które miało zadowolić polonistkę i nawiązywać do postaci z mojej, jakże nie lubianej szkoły. Więc dla kogoś kto do tejże szkoły nie uczęszcza ciężko będzie zrozumieć aluzję zawartą w postaciach. Mimo wszystko zapraszam do lektury, gdyż z odcinka na odcinek akcja będzie się rozwijać ;)
 
     Słońce zachodziło już nad Poznaniem Opadające liście wskazywały, że zbliża się zima. Zwierzęta zaczęły chować się w norach, na ulicach pojawiły się szaliki i rękawiczki. Na pierwszy rzut oka - spokojne polskie miasto przygotowujące się na nadejście zimy. Jak mylne jednak jest to stwierdzenie
     - No no no. Jeszcze kilka łapóweczek i witaj nowiutkie BMW! - powiedział Robert Zieliński wkładając niewielką kopertę do kieszeni. Był przysadzistym mężczyzną po czterdziestce. Spłaszczony nos i odstające uczy powodowały, że ów pan wyglądem przypominał świnię. Pracuje w Sądzie Rejonowym w Poznaniu. Wzbogacił się dzięki wielu łapówkom zostawianym by "był sprawiedliwy ".
     Przechodząc koło parku poczuł nieprzyjemne mrowienie. Odwrócił się gwałtownie przewracając jakąś kobietę.
- Przepraszam, nie zauważyłem pani - burknął.
     Była wysoką blondynką ubraną w czarny, letni płaszcz - strój co najmniej dziwny zważywszy, że zima zbliżała się nieubłaganie
- Ależ nic się nie stało - powiedziała. Jej głos wskazywał bardziej zainteresowanie aniżeli złość. - Coś się stało?
- Nic, nic specjalnego – Robert potarł się o kark – Jeszcze raz przepraszam. – powiedział i ruszył dalej alejką.
     Kobieta wstała. Kilka minut przyglądała się mężczyźnie znikającemu w tłumie, poczym odeszła. Mrucząc coś pod nosem udała się w sobie tylko znanym kierunku.
     Księżyc świecił już jasno nad miastem. Sowy hukały radośnie w rytm szumiącego wiatru. Nietoperze szybowały nad Poznaniem umyślnie unikając jednego miejsca - Pałacu Kultury. Właśnie tam, na szczycie budowli, stała postać odziana w czarny płaszcz.
     Był mężczyzną koło trzydziestki. Jego twarz przypominała sokolą - haczykowaty nos, mocno ciosane policzki i kruczoczarne włosy. Poły płaszcza z gracją powiewały na wietrze gdy przechodził się po dachu.
     Nagle z cienia wyłoniła się postać w ubraniu bliźniaczo podobnym do wspomnianego mężczyzny. Była to owa blondynka przewrócona przez sędziego. Spokojnym krokiem podeszła do towarzysza.
- Tak jak podejrzewałeś Simoon - powiedziała bez przywitania - to jedna z bestii. Zachłanna, dbająca tylko o własne dobro - tak jak napisano w Piśmie Świętym.
- Jesteś pewna że niczego nie podejrzewa, Ann? - odezwał się mężczyzna gardłowym głosem. - Pamiętaj, że każdy nieostrożny ruch może zepsuć operację.
- Spokojnie. Ten grubas nie widzi niczego poza pieniędzmi. Wystarczy odpowiednio to rozegrać.
- Co proponujesz? - Simoon nie krył zainteresowania.
     Dzień jak co dzień. Robert szedł ulicą mijając sklep mięsny, później kwiaciarnię. W pewnym momencie zatrzymał się, by obejrzeć nowe zegarki na wystawie. W odbiciu na szybie dostrzegł dwójkę ludzi ubranych na czarno i przyglądających mu się z ukrycia. Nie był głupcem - już nieraz chciano go zabić. Widział co robić. Udał, że nic nie zauważył i ruszył przed siebie skręcając w pierwszą lepszą uliczkę. Pewny, że przechytrzył zbirów spokojnym krokiem udał się do pracy.
     Skończył prace. Wszedł do domu i otworzył usta w niemym krzyku. Na środku pokoju stała dwójka ludzi, których wcześniej widział przed zegarmistrzem. Rzucił teczkę i nie myśląc zbyt wiele pobiegł w stronę klatki schodowej. Wybiegł z bloku ciągle czując na karku oddech nieznajomych.
     - Co mam robić?!?!?!?! - sapnął nadal biegnąc.
Udał się w stronę pobliskiego komisariatu policji. Coś jednak było nie tak - budynki wydawały się takie "inne". Oblał się zimnym potem, gdy zauważył postać w płaszczu stojącą pięć metrów od niego.
- Nie uciekniesz - powiedział mężczyzna o rysach sokoła.
     Wtedy do niego dotarło - to nie są zwykli mordercy - to Apostołowie! Robert zatrzymał się. Zwiesił głowę.
     Nagle stało się coś, na co Simoon i Ann byli najbardziej przygotowani - sędzia zaczął się zmieniać! Najpierw zawył z bólu, gdy na plecach wyrosły mu skrzydła pokryte łuską. Uszy wydłużyły się a skóra nabrała czerwonego odcienia.
     Ann nie zastanawiając się wiele wyciągnęła katanę i rzuciła się na demona. Ten jedną łapą odtrącił miecz jednocześnie drugą uderzając kobietę w brzuch. Ta padła ogłuszona na ziemię.
     - Ehh Ann, nigdy się nie nauczysz - syknął Simoon. Podszedł do wojowniczki i podniósł jej broń. Zakręcił kilka razy mieczami i zbliżył się do stwora. Ten widząc, że z nowym przeciwnikiem nie pójdzie tak łatwo wyciągnął własną broń - zagiętą szablę, której używano sześćset lat temu w Egipcie.
     Simoon pchnął lewym mieczem, jednak Robert zręcznie sparował cios. Nie przewidział jednak, że wojownik zamierza wykorzystać jego taktykę. Mężczyzna okręcił się wokół własnej osi wbijając ostatecznie miecz w brzuch potwora. Ten osunął się na kolana trzymając za rękojeść wystającą z ciała.
     - Ziemia zostanie oczyszczona – powiedział Simoon i szybki ruchem miecza obciął stworowi głowę. Ta poturlała się dwa metry dalej zostawiając za sobą czerwony ślad. Tułów stwora natychmiast powrócił do normalnego postaci...
     - Co powiecie komisarzu Nowacki? - spytał detektyw Rutkowski
- To co zwykle. Obcięta głowa, ślady walki, ofiarą jest nieuczciwy urzędnik. Trzecie morderstwo w tym tygodniu. - jednym tchem wyspałam komisarz. - Jednak najdziwniejszy jest tekst na murze napisany krwią. Pan pozwoli.
     Obaj udali się kilka metrów dalej. Na ścianie widniał czerwony napis:

"Dlatego radujcie się, niebiosa i ich mieszkańcy!
Biada ziemi i biada morzu -
Bo zstąpił do was diabeł,
Pałając wielkim gniewem,
Świadom, że mało ma czasu."

                                                                   (Ap 12, 12 )

Michu